Zaufaj mi, jestem architektem ;-)

Magiczne marzenia.

Jest na świecie kilka Mustangów, które mnie podniecają. Pierwszy z nich to North American P-51 Mustang… Szczególnie w wersji D. Zwany Cadillakiem przestworzy, jest przecudownie piękny i jest namber łan. Drugi to zdziczały koń reprezentujący amerykański sen o wolności. Konie te zostały przywiezione przez Hiszpanów XVI wieku i rozmnożyły się w sposób nieprawdopodobny. W pewnym momencie było ich około 5 mln. Niestety na początku XX wieku zaczęto je wybijać na wielką skalę. Od 1971 roku konie te są pod ochroną, a zostało ich około 10 tys. sztuk.

Nazwa Mustang wywodzi się z hiszpańskiego mesteno… bez właściciela.

Trzecim Mustangiem jest oczywiście Ford Mustang, którego uwielbiam od kiedy jako dzieciak obejrzałem kawałek filmu Bullit. Te 9 minut i 42 sekundy pojedynku między opasłym Dodgem Chargerem a przepięknym, muskularnym Fordem Mustangiem wyryło mi się mocno w pamięci.

Niestety kolejne generacje Mustanga były… katastrofalne. Już końcówka pierwszej generacji była zapowiedzią nadchodzącej katastrofy. Druga generacja wyglądała źle, ale to było nic w porównaniu z trzecią i czwartą generacją. To było zło w czystej postaci. Nazywanie tych pokraków Mustangami powinno być karane tureckim więzieniem. Całe szczęście coś się ruszyło i pojawiła się piąta generacja, która chwyciła za serca i wróciła wiarę w amerykańską motoryzację.

Obecna, szósta generacja niczego się nie boi. Czerpie pełnymi garściami z historii i robi to doskonale. Miałem okazję pojeździć takim autem i muszę przyznać, że pobudziło moją wyobraźnię. Oczywiście jest w nim duża doza bezsensu, ale trzeba przyznać, że Ford odrobił zadanie domowe i stworzył auto, które jest komfortowe, dobrze się prowadzić, doskonale hamuje i ma… wypiard. Jeździłem Mustangiem z silnikiem V8 5.0 i przyznam szczerze, że przez 90% czasu jeździłem w trybie „snow and łorewa” :-). Kilka razy spróbowałem innych trybów, ale mi się nie podobało. Dlaczego? Bo nie muszę. Dostojnie toczyłem się nie spalając w mieście więcej niż 13l/100km, co w przypadku tego auta wydaje się być rewelacyjnym wynikiem. Delektowałem się bulgotaniem silnika, które jest akurat, ale oczywiście zacząłem mieć fantazje na temat pustych rur, z których będzie zionął ogień… Widać jeszcze nie jestem tak stary ;-).

Bardzo fajne jest w Mustangu to, że nie musisz. Smaku dodaje lekko „wioskowe” malowanie. Może nie samo malowanie, bo żółty lakier jest do przełknięcia, ale te czarne pasy… A co mnie to? We wnętrzu jak na Amerykana jest super, tylko skóra na kierownicy jest jakaś taka… dziwna. Jednak jestem w stanie wszystko wybaczyć tej bryce, bo było mi w niej niesłychanie wygodnie, bagażnik ma duży i od biedy można przewieźć we wnętrzu cztery osoby. To brzmi jak samochód dla mnie. Niestety nie mam chwilowo wolnych trzech stówek… Spytacie, dlaczego trzech skoro fura kosztuje w okolicach dwóch? Mustang jest jak Harley. Jeśli jeździsz seryjnym, to jesteś pussy piczka i nie pokazuj się na mieście.

Ponieważ Mustang, to mimo wszystko amerykańskie auto… stówa na luzie poszłaby na zakupy. Coś tam do wnętrza, coś do silnika, coś do napędu. No inaczej się nie da.

I kiedy już przeliczałem ratę leasingu zadałem sobie jak zwykle pytanie, po co? Ponieważ nie znalazłem na nie satysfakcjonującej odpowiedzi, a stan konta nie pozwala na ekstrawagancje, decyzję o zakupie Mustanga odłożyłem na bliżej nieokreślone póżniej.

Mam jeszcze takie jedno małe marzenie. Chciałbym się przejechać wersją z silnikiem EcoBoost. Bardzo jestem jej ciekaw. Tylko czy Mustang z silnikiem R4 ma sens? Może ma…

Catch you later my american friend!

Please like & share:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.